Przyszła nagle, będąc w towarzystwie,
nie miała imienia, nic nie miała.
Ciągle sama, we wszystkich mgiełkach i hałasach,
w deszczyku i w rosie, co na porannych liściach,
kapie i stuka, kapie i stuka..
Nawet gdy promień słońca przebijał się do niej,
ciągle była pojedyncza.
Zastukano do niej w kościele, gdy płakała Panu Bogu,
że ciągle nie ma kompana.
Gdy była już z kimś, wciąż jakby bez niego.
Znikła dziwnie, gdy spojrzał ktoś ukradkiem,
niewyględny i dziwny, ale bliski jakiś.
Poszła sobie w świat sama, samotność,
co umarła, gdy się okazało, że człowiek ma brata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz